|
niedziela, 28 marca 2010
To zdumiewające – im bardziej na blogu nie piszę, tym lepsze są jego statystyki. Czas więc je popsuć. Muszę tu wyznać, że jestem fanem nieszkodliwych kłamstw. Ubarwienie, podkoloryzowanie, autokreacja – lubię to! Najchętniej to bym traktował życie jak literaturę i wyciął nudne fragmenty. Jak się okazało z biografii autorstwa Artura Domosławskiego, Ryszard Kapuściński myślał podobnie i dzięki temu go polubiłem. Jasnym się dla mnie wreszcie stało, że nie był dziennikarzem, a pisarzem. I jako pisarz mnie przekonuje – opisy stają się wiarygodne, postaci krwiste. W końcu mogę czytać literaturę, a nie żaden „reportaż literacki”. Also: Kapu nie kapował, uff. Taki kłamczuch to jednak nic; pół świata go lubi. Ja zapałałem też sympatią do polityków. A wymógł to na mnie Tomasz Sekielski, który zrobił bardzo zły film o „mechanizmach władzy”. Populistyczny, naciągany i nierzetelny. „Władcy marionetek” sprawili, że kibicowałem obślizgłym facetom w garniturach! Kapuściński (ten pisarz) powiedziałby o nich; „straszne facety”, a ja zostałem przeciągnięty na ich stronę! Tomaszu Sekielski, mogłeś być takim fajnym kłamczuchem, a zostałeś emopismakiem. Szkoda. Dużo tego kłamstwa, nieprawdaż? A tu jeszcze dzisiaj dostałem kolejną porcję w „Shutter Island”. Najciekawsze jest w tym filmie to, że wcale nie jest oczywiste, która część historii jest zmyślona. Mam oczywiście swoją interpretację, ale nie będę spoilował – nie wiem czy jest prawdziwa.
środa, 20 stycznia 2010
Rozczarowują mnie ostatnio ciemne filmowe sale - moje najwierniejsze dotychczas kochanki; przez co zaczynam podejrzewać, że staję się malkontentem. Note: malkontent to impotent z dziedziny kultury. „Avatar” i „Parnassus” - nie bardzo; „Ciacho” - ja pierdolę. W tym drażniącym nastroju niespełnienia wybrałem się na „Wszystko co kocham”. Serce me się uradowało, dusza zaśpiewała i w ogóle super, lecz nie do końca. Podobała mi się młodość. Może i była wyretuszowana, ale która młodość nie jest? Fajnie, że zabrakło spinki na umieranie za wolność itepe. Muzyka ponadto mniam, zdjęcia i montaż takoż. Co mi więc przeszkadzało, zapytacie. Chyra Andrzej, a w zasadzie jego postać, której mogłoby nie być lub być mniej. Jeszcze ładniej, lżej i młodziej by wyszło. Nie z powodu tego, że Chyra, a w zasadzie postać jego, jest brzydka, ciężka i stara. Narzekam, bo dla mnie koncept na miłosną historię o córce solidarnościowca i synu reżimowca, jest przyciężki już po usłyszeniu. No nie było to konieczne. Ale nie czepiam się już więcej, dobrze że polskie kino weszło na sensowną ścieżkę.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Na pewno przedarliście się już przed wszystkie filmowe podsumowania dwatysiącedziewiątego. Ja tak, ale że je lubię niebywale, to skleciłem jeszcze jedno.
niedziela, 10 stycznia 2010
Jeśli myślicie, że ekipa filmu "Ciacho" jest superempatyczna i naturalnie pomocna - co wynikałoby z ich zaangażowania w WOŚP - to jesteście w błędzie. Oni próbują tylko ratować bardzo nieudany film. Nie twierdzę przy tym, że poszczegolne osoby z obsady i produkcji nie mają serca. Na pewno prywatnie coś tam u nich bije. To idea fajnej ekipy mi podśmierduje. Ich fajność ma smak marketingowy - z domieszką konserwantów. Fajne ekipy nie zaciągają do filmu chorych ludzi, aby publika mogła sobie rechotnąć. Cameo Kononowicza (w zwiastunie od 1:14) to najbardziej żenujący fragment kina jaki widzialem. Zresztą, ta ocena może równie dobrze dotyczyć całego filmu.
wtorek, 05 stycznia 2010
Z niemal rocznym poślizgiem dotarły na mój dysk filmy z Sundance '09. Tak jakoś wyszło, że w poprzednim roku - co niezwykłe - zwyczajnie zapomniałem o festiwalowym dziecku Roberta Redforda. Może to dlatego, że nigdy nie byłem jego fanem, ale chyba bardziej dlatego, że mój rok obfitował w wygłodniale pożeracze czasu - filmowe oraz niekoniecznie. Ale gdy nadeszły pieprzone mrozy i ciemności, ruszyłem z nadrabianiem zaległości i połknąłem trzy filmy naraz. Każdy opowiadał o dwójce młodych ludzi i w każdym tworzył się między nimi związek. Po czym rozpadał nieodwracalnie.
niedziela, 03 stycznia 2010
„Invictus” zaliczony i czym prędzej muszę o nim tu wspomnieć, aby nie zapomnieć całkiem, że oglądałem (muszę wiedziec komu i za co nie kibicować na Oskarach). Takie to bowiem było bezbarwne, zapominalne i przewidywalne. Zupełnie jak: Top Wszech Czasów w Trójce (ale z tym to się chyba inaczej nie da?). Tytuły filmów w świątecznym programie telewizyjnym. Noworoczne serwisy informacyjne. Filmowe rankingi podsumowujące miniony rok.
sobota, 02 stycznia 2010
Początek roku zastał mnie w poznańskich okolicznościach alkoholowo-tanecznych, which was nice. Ochłonąwszy dziś, postanowiłem dać dwatysiącedziesiątemu równie sympatyczny początek filmowy. Wybrałem „Invention of lying”. Pomysł na fabułę jest supersmaczny, ale niewystarczający. Świat, w którym nie istnieje kłamstwo, to przecież pretekst do niezliczonej liczby przednich żartów, a ja tu wszystkie ogarnąłem za pomocą palców obu rąk. Winną tej sytuacji jest konwencja kom-romu. W mojej głowie prawdomówny świat, to idealne miejsce dla dziesiątków frywolnych, tudzież bulwersujących zdarzeń. A w filmie Matthew Robinsona każdy tego rodzaju wybryk, jest po chwili niwelowany przez powrót do osi pt. „Wielka Miłość”. Jakoś jestem pewien, że Apatow wyjściowy koncept z kłamstwem rozegrałby dużo lepiej. Ale, ale, po co marnować słowa na krytykę, skoro jest co chwalić. Brawa za camea Philipa Seymoura Hoffmana i Edwarda Nortona! Zauroczył mnie ponadto pomysł z „facetem w niebie”. Stwarza go główny bohater – scenarzysta filmowy, który jako jedyny posiada umiejętność kłamania. Dzięki niemu smutny, zracjonalizowany świat poznaje boga (kościół to „ciche miejsce do myślenia o facecie w niebie”!), a historia odsłania nieznane karty. Są one niezbędne do nowych scenariuszy – dotychczasowe filmy polegały bowiem na przytaczaniu wydarzeń historycznych przez siedzącego przed kamerą aktora. Oj, przemysł filmowy nie miałby łatwo gdyby zlikwidować wyobraźnię. „Invention of lying” jest właśnie bardziej o braku wyobraźni, niż kłamstwa. Bo jak można zakładać, że jest nimi wypełniony np. „Władca pierścieni”? O fikcję się tu rozchodzi. A ponadto – co zaskakujące – o ekshibicjonizm. Bohaterowie dzielą się bowiem swoimi wstydliwymi sekretami ochoczo, zupełnie nieprzymuszeni. Unikanie łgania byłyby dużo bardziej realne i zabawne. Ale mimo tych zgrzytów rok wystartował obiecująco. Nie łżę!
piątek, 04 grudnia 2009
Już od paru dni chodzi mi po głowie „Dom zły”. Wcale nie dlatego, że nie mam o czym myśleć. Wręcz pięknych mam kilka spraw do roztrząsania, a mimo to plugawa historia o brudnych ludziach wraca przy różnych – także zacnych - okazjach. Dla przykładu: przed chwilą pomyślałem sobie o kostiumie, który zrzuca główny bohater. Był Panem Zwykłym, szarym pożeraczem chleba z margaryną. Ale gdy zabrakło żony, przemienił się w Pana Żłopacza oraz zatracił maniery. W tym stanie trafił do Pana Bimbrownika, który pomógł mu pozbyć się kostiumu do końca i uczynił go Panem Polakiem. Bez kostiumu czuł się jak u siebie. Przeleciał żonę gospodarza, bo wszyscy Polacy to jedna rodzina. Zaplanował niewiarygodnie opłacany biznes, bo Polak potrafi. Szalał, bo ułańska fantazja. Ale historia wcale się nie kręci wokół spraw narodowych. To bardziej bukiet zapachowy z miazmatów rozmaitych skomponowany. Wielbiciele polskich komedii romantycznych powiedzą na to „fuj, a fe!”, ale na szczęście ich zdanie zupełnie mnie nie interesuje. Dostałem za to możliwość wejrzenia do dusznego polskiego domu i skorzystałem, żeby się dowiedzieć czym ci ludzie tak w tramwajach śmierdzą. Okazało się, że po prostu sobą.
niedziela, 29 listopada 2009
Kinowa noc z reklamami mnie rozczarowala, bo wiele z nich widziałem już rok temu na tej samej imprezie. Drugie wiele widziałem w sieci, ale oczywiście to wina moja i moich znajomych, którzy linki podsyłają (nie zaprzestawajcie!). Ze spotów widzianych na pierwszy rzut oka, spodobało mi się natomiast jedynie kilka; z czego cztery odnalazłem teraz. Papuga jako sygnalizacja świetla mnie rozczuliła i o zazdrość o pomysł przyprawiła:
Wassup w wersji politycznej rozbawił mnie niemal do rechotu:
Chevroleta reakcja na citroenowe na przyklad to:
made my night:
A Heineken zdenerwował mnie i zasmucił, bowiem ostatnio bralem udział w wymyśleniu czegoś do złudzenia podobnego, co - jak się teraz okazuje - nie jest wcale takie nowatorskie. Niemniej spot daje radę:
czwartek, 26 listopada 2009
Ależ mnie denerwują filmy prawie dobre! Stan niedorobienia jest dla mnie dużo bardziej irytujący, niż całkowite położenie tematu. Autorzy gniotów są po prostu słabi i co im pan zrobi. Ale twórcy filmów z przebłyskami mają najwyraźniej talent, ale nie potrafią go wykorzystać, czy też utrzymać w ryzach. I jest to marnotrawstwo na najwyższe potępienie zasługujące. „Rewers” zakwalifikowałem awansem do filmów dobrych. Wszyscy się rozpływali, więc zaufałem. I rzeczywiście, rozpoczyna się pysznie. Bardzo fajne zdjęcia, smakowite dialogi i oryginalna konwencja. Jednak mniej więcej w połowie filmu przyłapałem się na tym, że nie oglądam. Myślę sobie, co jest, film dobry, a ja nie oglądam!? Otóż zadziałał we mnie bezpiecznik reagujący na za-pomocą-symboliki-tworzone-przesłanie. Gdy coś takiego zauważam, momentalnie tracę koncentrację i odpływam. A przy tym filmie, po ponownym doń przypłynięciu, natrafiłem na niepotrzebną końcówkę dziejącą się współcześnie. I właśnie wtedy pojawiła się awersja. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi
Bywam
|